Przyciemnianie słońca: jak wygląda SAI z wysokości 12 kmChłodzenie planety z powietrza: eksperyment czy ryzyko?

Pomysł brzmi kusząco: rozpylamy w stratosferze drobne cząstki, które odbiją część promieniowania słonecznego i tymczasowo schłodzą planetę. W naturze widzimy to po wybuchach wulkanów – na chwilę robi się chłodniej. Naukowcy ostrzegają jednak, że przyciemnianie słońca SAI (stratospheric aerosol injection) to koncepcja pełna pułapek. Technicznie trudna, politycznie nierealna i potencjalnie niebezpieczna dla klimatu oraz warstwy ozonowej. Innymi słowy: jeśli to ma działać, trzeba byłoby zrobić wszystko idealnie – a świat rzadko bywa idealny.

Co właściwie zakłada SAI?

Geoinżynieria słoneczna poprzez SAI to celowe wprowadzanie do stratosfery aerozoli, które odbijają część światła w kosmos. Modele klimatyczne pokazują, że teoretycznie można w ten sposób obniżyć temperaturę powierzchni Ziemi. Tyle że modele zakładają idealne cząstki w idealnych ilościach i w idealnie dobranych miejscach. Rzeczywistość nie zna słowa „idealnie”.

Nauka mówi: diabeł tkwi w logistyce

Zespół badaczy związany z Uniwersytetem Columbia przeanalizował nie tylko fizykę aerozoli, ale też logistykę, łańcuchy dostaw i zarządzanie. Wnioski są trzeźwiące:

  • Kto ma tym sterować? Najbardziej sensowne byłoby jedno globalne, scentralizowane ciało zarządzające, które decyduje o miejscach, dawkach i harmonogramie. Politycznie to scenariusz życzeniowy. Rozdrobnienie decyzji (wiele krajów, wiele planów) grozi chaosem i nierównomiernym chłodzeniem.
  • Gdzie i jak wysoko? Wstrzyknięcia na średnich szerokościach geograficznych mogą przestawiać transport ciepła i wpływać na regiony polarne. Z kolei operacje na większych wysokościach wydłużają czas życia cząstek, ale mogą osłabiać warstwę ozonową.
  • Nie jednorazowo, lecz stale. Pojedynczy „zastrzyk” niewiele da. Skuteczność wymaga wielokrotnych, wieloletnich cykli – a to oznacza stałe koszty, ryzyko i zależność od technologii.

Materiał materiałowi nierówny

W literaturze przewijają się kandydaci na aerozole: siarka, wapno, a nawet drogie „egzotyki” jak diament czy cyrkon. Problemów jest kilka:

  • Dostępność i skala. Zapotrzebowanie na niektóre materiały mogłoby dorównać globalnej produkcji. To bariera praktyczna i ekonomiczna.
  • Agregacja cząstek. W rozmiarach submikronowych wiele minerałów zlepia się, tworząc większe „grudki”. Te są znacznie mniej efektywne w odbijaniu światła niż równomierna, drobna mgiełka.
  • Łańcuchy dostaw. Nawet materiały powszechniejsze (np. siarka) przy masowej skali SAI mogą powodować zatory i presję cenową w innych sektorach gospodarki.

Modele kontra świat poza komputerem

Symulacje klimatyczne są niezbędne, ale nie oddają całej złożoności wdrożenia. W modelu zawsze „wiemy” ile, gdzie i kiedy wtrysnąć; w rzeczywistości dochodzą błędy, awarie, pogoda, polityka i skutki uboczne. Naukowcy proponują, by zamiast idealizować, modelować też warianty najgorszego przypadku – z niepełnym dozowaniem, złą dystrybucją cząstek, przerwami w dostawach i ryzykiem dla ozonu. Dopiero wtedy zobaczymy prawdziwe ryzyko netto.

Czy to znaczy, że SAI należy skreślić?

Nie. To znaczy, że SAI nie jest kołem ratunkowym, tylko co najwyżej ostatnią deską ratunku – i to z dopiskiem „używać wyłącznie po rozbiciu szybki”. Jeśli ludzkość nie ograniczy emisji gazów cieplarnianych, pokusa „szybkiej naprawy” będzie rosła. Ale szybkie naprawy w systemie tak złożonym jak klimat często kończą się drogimi reperacjami.

Co naprawdę ma sens „tu i teraz”?

  • Redukcja emisji – bez tego SAI byłoby tylko pudrem na gorączkę.
  • Usuwanie CO₂ z atmosfery – technologie CDR i naturalne pochłaniacze (gleby, lasy, oceany).
  • Adaptacja – odporne miasta, gospodarka wodna, rolnictwo przystosowane do ekstremów.
  • Badania i reguły gry – jeśli świat kiedykolwiek sięgnie po SAI, potrzebne będą twarde standardy, transparentne protokoły i globalny nadzór.

Sedno

Przyciemnianie słońca SAI to nie prosty przełącznik klimatyczny. To skomplikowana operacja na żywym organizmie Ziemi – z niepewną dawką, skutkami ubocznymi i rachunkiem płatnym przez wszystkich. Rozsądek podpowiada: najpierw gaś pożar u źródła (emisje), a dopiero potem rozważaj eksperymenty z lustrami na niebie.

Badania opublikowano w czasopiśmie Scientific Reports .

Udostępnij