Kiedy myślimy o pogodzie, widzimy chmury, deszcz i prognozę na weekend. Tymczasem nad naszymi głowami działa drugi system pogodowy – pogoda kosmiczna. I bywa kapryśniejszy niż front znad Atlantyku. Najnowsze symulacje komputerowe – opisane w Astrophysical Journal w październiku 2025 roku – wskazują, że oprócz spektakularnych wyrzutów masy koronalnej (CME) Ziemi zagrażają też mniejsze, „niewinne z wyglądu” zjawiska: słoneczne tornada, czyli liny strumienia magnetycznego (flux ropes). To one potrafią uruchomić łańcuch zdarzeń kończący się burzą geomagnetyczną i awariami sieci energetycznych.
Pogoda kosmiczna w pigułce: gdy Słońce „dmucha” mocniej
Słońce regularnie wyrzuca w przestrzeń naładowane cząstki i pola magnetyczne. Najgłośniejsze zjawiska – CME – lecą nawet niemal 3000 km/s. Po uderzeniu w ziemskie pole magnetyczne wywołują burze geomagnetyczne: dla oka – piękne zorze, dla inżynierów – kłopotliwe zakłócenia prądu, GPS i łączności satelitarnej. Do tej pory modele skupiały się głównie na tych „huraganach”. Nowe badania pokazują, że warto patrzeć również na „tornada”.
Co to są „słoneczne tornada” (lina strumienia)?
To zwinięte wokół siebie wiązki linii pola magnetycznego – jak skręcona lina. Gdy pędząca erupcja słoneczna zderza się z wolniejszym wiatrem słonecznym, wzdłuż granicy ścinania powstają dziesiątki takich wirów. Każdy jest mniejszy niż klasyczny CME, ale lokalnie potrafi mieć pole magnetyczne wystarczająco silne, by wywołać poważną burzę geomagnetyczną.
Dlaczego wcześniej ich „nie widzieliśmy”?
Klasyczne symulacje globalne obejmują ogromną przestrzeń między Słońcem a Ziemią i operują „grubą siatką” (wielkie „klocki” obliczeń). To świetne do śledzenia CME, ale zbyt mało szczegółowe, by uchwycić krótkotrwałe, drobne wiry. Nowy model sprytnie „zagęścił piksele” tylko tam, gdzie trzeba – wzdłuż trajektorii lin strumienia. Efekt? Rozdzielczość nawet ~100× większa i nagle widać całe konstelacje słonecznych tornad: jak huragan, który „sieje” miniwirami na swoim froncie.
Co nam grozi na Ziemi – bez straszenia, ale uczciwie
- Sieci elektroenergetyczne: prądy indukowane w długich liniach przesyłowych, przegrzewanie transformatorów, lokalne awarie.
- Nawigacja i precyzja czasu: zakłócenia GPS, błędy w systemach synchronizacji.
- Satelity: zwiększona oporność plazmy, problemy z elektroniką i zmianami orbity.
Słowem: nie każdy cios musi być młotem. Seria mniejszych uderzeń też potrafi wybić zęby.
Co dalej: więcej oczu w kosmosie i mądrzejsze modele
Autorzy pracy pokazują, że „tornada” da się wyłapać w symulacji – ale w rzeczywistości na dzisiejszych monitorach to tylko krótkie błyski. Potrzebna jest konstelacja satelitów (m.in. koncepcja SWIFT) zdolna mierzyć strukturę wiatru słonecznego w wielu punktach jednocześnie. Ziemia zyskuje wtedy nie tylko prognozę „będzie burza”, ale gdzie i jak mocno uderzy – klucz do ochrony sieci i infrastruktury.
Dlaczego to przełom dla prognozowania
- Lepsza skala: modele o podwyższonej rozdzielczości nie gubią małych zjawisk.
- Lepsza przyczynowość: można cofnąć symulację i zobaczyć, gdzie dokładnie powstało zawirowanie.
- Lepsza gotowość: operatorzy sieci mogą przygotować procedury prewencyjne (zmiana obciążeń, rezerwy mocy, tryby ochronne).
Podsumowanie: nowa mapa ryzyka ze Słońca
CME to nie jedyny winny. Słoneczne tornada rodzące się na froncie erupcji mogą lokalnie zrobić szkody porównywalne z dużą burzą. Dzięki sprytnym, wysokorozdzielczym symulacjom wiemy już gdzie ich szukać i jak rosną. Następny krok to flota satelitów i wdrożenie ostrzeżeń na poziomie, który realnie chroni sieci, satelity i nasze codzienne „online”.
