Cichy poranek nad Pacyfikiem, napięcie pod powierzchniąTam, gdzie płyty się ścierają: północna Kalifornia i Oregon

Czy „Wielkie” trzęsienie ziemi na Północnym Zachodzie USA mogłoby pociągnąć za sobą kolejne – w Kalifornii? Zespół kierowany przez prof. Chrisa Goldfingera (Oregon State University) przeanalizował 137 rdzeni osadów z pięciu ekspedycji u wybrzeży Oregonu i Kalifornii. W danych znaleziono zsynchronizowane ślady dawnych wstrząsów w strefie subdukcji Cascadia i na północnym uskoku San Andreas, sięgające ~3000 lat wstecz. Wniosek jest trzeźwy: megatrzęsienie M9 w Cascadii może naruszyć (a nawet wyzwolić) San Andreas, zwiększając ryzyko „podwójnego” scenariusza zniszczeń.

Co dokładnie odkryto

W rdzeniach osadowych naukowcy wypatrzyli turbidyty – charakterystyczne warstwy osadów po podmorskich osuwiskach wyzwalanych silnym wstrząsem. W wielu miejscach czas ich depozycji w Cascadii i na San Andreas niemal się pokrywał, co sugeruje bliskie w czasie, być może kaskadowe zdarzenia sejsmiczne. Najmocniejszy „sygnał” pochodzi z kanału Noyo u wybrzeży Kalifornii, tuż przy granicy oddziaływania obu systemów uskokowych.

Miejsce styku dwóch tytanów

Cascadia Subduction Zone (CSZ) ciągnie się na ok. 1000 km; to tu płyty Juan de Fuca i Gorda wsuwają się pod Amerykę Północną. Zdolna do M9 i tsunami, „ostatnio” pękła w 1700 r. – to zdarzenie wywołało fale na całym Pacyfiku. Północny San Andreas to z kolei uskok przesuwczy między płytą pacyficzną a północnoamerykańską (ok. 1200 km długości), znany z 1906 r. i Loma Prieta 1989. Oba systemy zbliżają się ku sobie w rejonie przylądka Mendocino – i tu właśnie zapis osadów wskazuje na „podwójne” sekwencje.

„Podwójne” warstwy i przypadek, który pomógł nauce

Punktem zwrotnym był rdzeń z kanału Noyo, który – jak przyznają badacze – pozyskano po błędzie nawigacyjnym, dzięki czemu statek popłynął dalej na południe niż planowano. W próbkach widać pary turbidytów ułożone jak kanapka: lżejszy osad, a zaraz po nim cięższy – obraz zgodny z dwoma silnymi wstrząsami następującymi po sobie w krótkim czasie. To naprowadziło zespół na trop zsynchronizowanych epizodów w dłuższych zapisach. Morał? Nauka lubi szczęśliwe wypadki, ale wyniki trzeba potem potwierdzić szerokim materiałem – i tak tu zrobiono.

Co to oznacza dla ryzyka

Nowe dane wzmacniają hipotezę częściowej synchronizacji obu stref. Scenariusz, w którym megatrzęsienie M9 w Cascadii w ciągu godzin lub dni „puka” do San Andreas, nie jest już wyłącznie teorią – to realny wariant, który należy uwzględniać w planowaniu odporności miast od Vancouver i Seattle, przez Portland, po San Francisco i Bay Area. Jak ujął to Goldfinger, M9 na Północnym Zachodzie jest samo w sobie „filmowym” kataklizmem; dodanie San Andreas podnosi poprzeczkę o rząd wielkości.

Zastrzeżenia (czytaj: zimny prysznic)

To nie jest prognoza „kiedy” i „gdzie”. Turbidyty są świetnym proxy, ale interpretacja osadów bywa złożona, a różne procesy mogą nakładać się na sygnał sejsmiczny. Badacze podkreślają, że potrzeba dalszych testów i niezależnych zapisów, by lepiej określić mechanizmy sprzężenia między tak różnymi uskokami. Innymi słowy: mamy mocny trop, nie wyrok.

Co robić teraz – bez owijania w bawełnę

Planowanie „na jeden kataklizm” to za mało. Służby, infrastruktura krytyczna i łańcuchy dostaw powinny ćwiczyć scenariusz bliźniaczy (back-to-back), uwzględniający przeciążenie zasobów w skali federalnej i regionalnej. W praktyce oznacza to m.in. przyspieszenie wzmocnień sejsmicznych szkół i szpitali, aktualizacje planów ewakuacji tsunami wzdłuż CSZ, rozwój systemów wczesnego ostrzegania oraz realistyczne ćwiczenia między stanami Oregon–Waszyngton–Kalifornia–B.C. Lepiej spocić się na treningu niż krwawić w boju.

Wyniki badań opublikowano w czasopiśmie Geosphere .

Udostępnij