To było muśnięcie kosmicznym paznokciem. W środę, 1 października 2025 r., o 00:47:26 UTC, maleńka asteroida oznaczona 2025 TF przeleciała nad Antarktydą na wysokości ok. 428 km (266 mil) — praktycznie na pułapie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. To drugi najbliższy znany, nieuderzeniowy przelot w historii obserwacji.
Jak blisko to „blisko”
Orbita ISS zwykle waha się między 370 a 460 km, więc 2025 TF wpadła dosłownie w „korytarz satelitarny”. Rekord należy nadal do obiektu 2020 VT4, który w 2020 r. minął Ziemię w odległości niespełna 370 km. Innymi słowy: kosmiczna ruletka działa, ale tym razem wygrała statystyka.
Zauważona po przelocie
Najciekawsze (i najmniej wygodne): skałę wyłapaliśmy dopiero po bliskim spotkaniu. Pierwsze ujęcia pochodzą z Catalina Sky Survey (kilka godzin po przelocie), a formalne zgłoszenie nastąpiło z teleskopu Bok w Kitt Peak o 06:36 UTC — nieco później, gdy już można było odtworzyć jej trajektorię. To pokazuje, jak trudne jest tropienie obiektów o rozmiarze 1–3 m na tle granatowej nocy.
Czy było się czego bać?
Nie. Przy takich gabarytach 2025 TF co najwyżej rozświetliłaby niebo efektowną bolidową smugą, a na Ziemię mógłby spaść niewielki meteoryt. Dla ludzi zagrożenie minimalne — dla satelitów i ISS, gdyby tor się przeciął, już mniej zabawnie.
Kiedy wróci?
Według szacunków JPL następna wizyta dopiero w kwietniu 2087 r. — i to z bezpiecznym dystansem ok. 8 mln km, czyli około 21 odległości Księżyc–Ziemia. Oddech możemy złapać, ale lekcji zapomnieć nie wypada.
Lekcja dla obrony planetarnej
2025 TF to podręcznikowy przykład, dlaczego globalne przeglądy nieba i szybkie „follow-upy” są tak ważne. Najgroźniejsze dla nas nie są metrowe kamienie — tylko te, których nie widzimy. Ulepszanie czułości teleskopów, automatyki wykrywania i wymiany danych między ośrodkami (ESA, NASA, sieci obserwatoriów) to dziś realna tarcza antyasteroidowa.
