Skąd mamy pewność, że świat, który widzimy, jest prawdziwy? To pytanie wraca do ludzkości od tysięcy lat. Już starożytni filozofowie zastanawiali się, czy rzeczywistość nie jest jedynie iluzją. Dziś, w epoce gier wideo, wirtualnej rzeczywistości i sztucznej inteligencji, to samo pytanie wraca w nowej, technologicznej odsłonie – jako hipoteza symulacji.
Wątpliwości wpisane w ludzkie poznanie
Na co dzień ufamy zmysłom, książkom i nauczycielom. Problem w tym, że każde z tych źródeł bywa zawodne. Oczy potrafią nas oszukać, pomiary naukowe mają margines błędu, a nawet najbardziej wiarygodny autorytet może się mylić. Skoro tak, to czy możemy być absolutnie pewni czegokolwiek?
Podobne wątpliwości mieli już myśliciele starożytności. Chiński filozof Zhuangzi opisywał sen, w którym był motylem – i po przebudzeniu nie wiedział, czy jest człowiekiem, który śnił o motylu, czy motylem śniącym o człowieku. Platon z kolei porównywał nasz świat do cieni rzucanych na ścianę jaskini. Dzisiejszym odpowiednikiem tych metafor są gry komputerowe i wirtualne światy.
Hipoteza symulacji – argument XXI wieku
Nowoczesną formę tych rozważań zaproponował filozof Nick Bostrom. Jego argument jest zaskakująco prosty i opiera się na jednym założeniu: technologia będzie się dalej rozwijać.
Jeśli ludzkość (lub inna inteligentna cywilizacja) osiągnie poziom, na którym możliwe będzie tworzenie realistycznych symulacji całych światów wraz ze świadomymi istotami, to takich symulacji może powstać ogromna liczba. W takim scenariuszu „oryginalna” rzeczywistość byłaby tylko jedną z wielu, a symulacji – miliardy.
Logiczny wniosek? Jeśli istnieje znacznie więcej symulowanych światów niż prawdziwych, to statystycznie znacznie bardziej prawdopodobne jest, że żyjemy w symulacji, a nie w pierwotnej rzeczywistości.
Dlaczego ten pomysł brzmi wiarygodnie?
Hipoteza symulacji nie potrzebuje dowodów eksperymentalnych. Wystarcza logika i obserwacja trendów technologicznych. Już dziś:
- potrafimy tworzyć realistyczne światy w grach,
- zanurzamy się w wirtualnej rzeczywistości,
- rozmawiamy z systemami AI, które sprawiają wrażenie „rozumiejących”.
To dlatego znani popularyzatorzy nauki, tacy jak Neil deGrasse Tyson, mówią wprost, że szanse na to, iż żyjemy w symulacji, mogą wynosić nawet 50 na 50. Podobne opinie publicznie wyrażał także Elon Musk.
Czy fizyka zdradza, że świat to „gra”?
Zwolennicy hipotezy symulacji wskazują też na pewne cechy Wszechświata, które brzmią podejrzanie znajomo dla graczy:
- istnieje minimalna „rozdzielczość” rzeczywistości – granica, poniżej której obecne teorie fizyki przestają działać,
- nie możemy obserwować niczego poza tzw. obserwowalnym Wszechświatem, jakby istniała krawędź mapy,
- prawa fizyki są zaskakująco matematyczne i „optymalne”.
Brzmi to jak piksele, zasięg renderowania i silnik gry. Oczywiście równie dobrze mogą to być naturalne cechy Wszechświata – i wielu fizyków właśnie tak uważa.
Sceptycyzm też ma mocne argumenty
Krytycy hipotezy symulacji podkreślają jedno: brakuje jakiegokolwiek testu, który mógłby ją potwierdzić lub obalić. Poza tym moc obliczeniowa potrzebna do symulowania całych cywilizacji byłaby tak ogromna, że graniczyłaby z tym, co dawniej nazywano boską wszechmocą. Sam Bostrom przyznaje, że ludzkość może nigdy nie osiągnąć takiego poziomu.
Dlaczego ten pomysł wciąż nas fascynuje?
Bo hipoteza symulacji dotyka czegoś fundamentalnego: sensu istnienia i natury rzeczywistości. Nawet jeśli nigdy nie dowiemy się, czy żyjemy w „prawdziwym” świecie, czy w perfekcyjnej symulacji, samo zadawanie tego pytania zmusza nas do myślenia głębiej o nauce, technologii i granicach ludzkiego poznania.
I być może właśnie dlatego ta idea – choć nieudowodniona – tak mocno działa na wyobraźnię.
